W Lany Poniedziałek zamiast biegać z wiadrem po okolicy i podnosić ciśnienie przechodniom, żeglarze z sekcji Klubu Żeglarskiego SWAŻM popłynęli w rejs.
Wiosenny rejs do Wałów na jachcie z klasy „twister 28”. Osiem metrów pokładu, wszyscy się zmieścili. Jacht tylko się pochylił. A przejście pod mostem wymagało położenia masztu… Duży jacht… i dużo roboty ale zasady żeglugi takie same…
Lany poniedziałek? Tylko na wodzie z KŻ SWAŻM!
Zeszliśmy na wodę o 9:30.
Białych chusteczek i łez u rodziców, co zostali na kei, nie dostrzeżono ale w sumie po południu powinnyśmy dojść do Wałów, zatem rozłąka z żeglarzami co im się żagiel bieli bo odpłynęli, nie będzie zbyt długa.
Pierwsza przygoda już na Osobowicach. Trzeba położyć maszt. Niby ten jacht taki wielki, a tu miejsca coraz mniej. Julek siada za sterem i przystępujemy do roboty. Chwila zamieszania i maszt zaczyna pochylać się ku rufie. Dla kazdego znajdzie się zajęcie. Nawet siedzenie bez ruchu ma głęboki sens, bo choć jacht jest duży, dobrze rozłożony balast robi robotę.
A gdy maszt już leży wchodzimy pod most. I otwiera się przed nami szeroka rozlana woda Odry.
Kurs? Do Wałów!
Kurs na þólnocny zachód.
Pojawiają się dziwne znaki. Czerwone, zielone paski, trójkąty… coś zupełnie niespotykanego. To ostrzeżenia o płytkiej wodzie. Julek pilnuje by trzymać się z daleka.
Po jakimś czasie pojawia się Most Rędziński. Po lewej jaz.
– Trenerzeee, a czemu tam taki dziwny płot?
– Bo tam jest próg wodny i upadek byłby raczej mało przyjemny.
Kierujemy się na prawo w kanał śluzy. Śluzowy potwierdził przez radio, zapala się zielone światło, otwierają się wrota i wchodzimy…
Ale wieelkiee! – szepcze Janek
Cumujemy do ściany, wrota się zamykają. Wciąż każdy ma robotę. Odbijacze, bosak, praca na linach… Jest co robić.
Woda zaczyna opadać…
Wrota wyjściowe się otwierają i wychodzimy. No to droga wolna aż do Wałów.
Można wyjąć kanapki…
Jeszcze tylko stawiamy maszt, na nim żagiel i można zgasić silnik.
Ale cisza, słychać tylko ptaki. Tylko trochę szkoda, że słabo wieje.
Poruszamy się bardzo pomału. Wiatr wieje z zachodu równolegle do koryta rzeki. Nie dośc zatem, że mały to jeszcze halsówka. Ale Borys daje radę. Poprawia chwyt na cepiku i sprawnie przesiada się z burty na burtę, gdy przepływamy od brzegu do brzegu.
W końcu więcej miejsca niż w Optimiście.
Później wiatr gaśnie zupełnie.
Odpalamy zatem silnik. Przed nami jeszcze kilka godzin żeglugi. Czas spędzamy na rozmowach, grach, rozpoznawaniu rowerzystów jadących po wałach i oczywiście jedzeniu.
Dzięki Mamo Dominika za andruty. Zrobiły furorę, żeby nie powiedzieć: prawie uratowały nam życie… 🙂
Po prawej stronie wychylają się zza zakrętu ruiny zamku. To już Uraz.
Wchodzimy do portu z kurtuazyjną wizytą (niestety bez gali flagowej i pewnie dlatego nie wita nas górniczo-hutnicza okiestra dęta ale i tak znajduje się pomocna ręka odbierająca cumę. Ktoś nas jednak zauważył…)
Szybka fota na potwierdzenie wizyty, toaleta i lecimy dalej.
Przystanek: Wały
Godzinę później pojawia Elektrownia Wały. Widać już nasz pomost. Podchodzimy ostrożnie, bo płytko. Pada komenda: miecz góra!!! I już wiemy co to handszpak i kabestan…(ech ten Janek bestia taka, co sam kręcił kabestanem nawet bez handszpaka).
„Cuma rufowa na keję!”.
„Tak stoimy”.
Można iść do naszej bazy, na ognisko. Wszyscy gotowi i rozglądają się za rodzicami. Cztery godziny trwała nasza przygoda. Szkoda, ze słabo wiało. Ale to nie ostatni rejs.
A jak było? Oj ciężko, wszyscy się zmęczyli. Zdjęcie na końcu mówi samo za siebie… Bardzo dziękujemy za wspólną przygodę i do zobaczenia na treningu.